Wojna w Syrii trwa, choć Europa zdaje się o niej nie pamiętać

Trwający od 2011 roku konflikt w Syrii, niezbyt poprawnie określany jako wojna domowa, wciąż przynosi nieoczekiwane rezultaty. Po pierwsze, wszystkie stereotypy, kreowane przez środki masowego przekazu, niezależnie od zaangażowania po jednej ze stron konfliktu, legły w gruzach. Nie jest to wojna domowa reżimu z opozycją, gdyż opozycja nie jest reprezentowana przez zbrojne grupy, określane eufemistycznie jako rebelianci. Okrucieństwa wojny, przestawiane w nagradzanych filmach, dotyczą jednak zupełnie innej sytuacji politycznej niż obecnie, czego przeciętny odbiorca na Zachodzie nie jest świadomy. Od opisywanych scen oblężenia Ghuty, Aleppo itd. upłynęły lata. 

Na obecny stan zagmatwanej sytuacji politycznej wpłynęły nie tylko działania rządu syryjskiego. Na samym początku konfliktu Stany Zjednoczone wyraziły zgodę na finansowanie rebeliantów i dostarczanie im broni przez Turcję, Arabię Saudyjską i Katar. Finanse i broń płynęły do różnych radykalnych ugrupowań, których politycy zachodni wyraźnie nie chcieli rozróżniać, tworząc iluzję demokratycznej opozycji walczącej z krwawym reżimem syryjskim. Oczywiście fundamentalizm rebeliantów to również rezultat celowych działań rządu syryjskiego (wypuszczanie dżihadystów, by zradykalizować opozycję), ale założenie, że wróg mojego wroga jest moim sojusznikiem okazało się błędne. Przedwczesne wycofanie wojsk amerykańskich z Iraku przez Baracka Obamę spowodowało rozbicie nieprzygotowanej armii irackiej przez grupę dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego, które przez kilka lat terroryzowało Syrię i część Iraku. Zbrodnie różnej maści terrorystów islamskich  i umiejętnie prowadzona polityka rządu syryjskiego, niecofającego się przed stosowaniem najbardziej radykalnych środków, tylko zbliżyły mniejszości religijne i etniczne w Syrii do rządu jako gwaranta ich ochrony. 

 

Prezydent Turcji, wywodzący się z ruchu islamistycznego, wrogo nastawiony do obecnych władz w Syrii, po raz kolejny dokonał inwazji na teren sąsiada (Turcja wcześniej stosowała podobne działania w Iraku), formalnie wspierając tzw. demokratyczną opozycję i tworząc strefy bezpieczeństwa, w rzeczywistości jednak okupując obszary na których swobodnie mogą działać ugrupowania związane z Al-Qa’idą, jak przykładowo powstały w 2017 roku Komitet Wyzwolenia Lewantu (Haj’at Tahrir asz-Szam), jednoczący najbardziej fundamentalistyczne ugrupowania dżihadystów. Tenże Komitet wciąż kontroluje Idlib, a ponieważ jego celem jest obalenie rządu syryjskiego, Baszszar al-Asad prowadzi ofensywę na terytorium okupowanym dodatkowo przez Turcję, wspierającą tym samym terrorystów powiązanych z Al-Qa’idą. 

 

Stany Zjednoczone przestały odgrywać rolę obrońców demokracji na Bliskim Wschodzie, gdyż zdradziły swoich kurdyjskich sojuszników, w momencie, gdy zaczęło im zagrażać bezpośrednie niebezpieczeństwo ze strony Turcji, a jedyny interes, którego Amerykanie bronią w Syrii, ma charakter ekonomiczny (pola naftowe, położone w większości na terytorium kontrolowanym przez milicje kurdyjsko-arabsko-syriackie, oraz Rożawę, „Zachód” Kurdystanu, federację kurdyjsko-arabsko-syriacką). 

 

Po rządowej stronie syryjskiej, która mimo początkowych dezercji z armii zachowała silne zaplecze militarne, zaangażowała się na samym początku konfliktu Rosja. Rosjanie są sojusznikiem Syryjczyków od 1971 roku, od momentu przekazania im bazy wojskowej w Tartusie. Współpraca wojskowa z Syrią przez obecne władze rosyjskie została scementowana poprzez przekazanie bazy lotniczej Humajmim Rosji w 2015 roku. Podpisana w 2017 roku umowa międzypaństwowa umożliwia stacjonowanie wojsk rosyjski przez 49 lat z możliwością przedłużenia tego okresu podpisania. Konflikt w Syrii ma zatem obecnie charakter międzynarodowy, w którym zwalczane są ugrupowania fundamentalistyczne, zarówno przez rządowe wojska syryjskie, jak i przez koalicję kurdyjską, która będzie musiała opracować modus vivendi z syryjską stroną rządową, jeśli Amerykanie zrealizują zapowiedzi stopniowego wycofywania się z baz irackich, na przykład pogranicznej Al-Qa’im. To przymusowe współdziałanie z rządem syryjskim jest też umiejętnie wzmacniane przez oficjalną propagandę syryjską, nagłaśniająca incydentalne ataki na konwoje amerykańskie, prezentowanie Amerykanów i Turków jako okupantów, co w świetle prawa międzynarodowego jest faktem oraz podkreślającą rolę armii tureckiej jako sojusznika terrorystów. 

 

Kraj został podzielony wprawdzie na kilka części, ale największy i najbardziej stabilny politycznie i militarnie (z silnym poparciem społecznym) jest obszar kontrolowany przez wojska rządowe. Część północno-wschodnia, znajdująca się pod niestabilną kontrolą Syryjskich Sił Demokratycznych, wspomnianych wyżej, patrolowana jest na północy przez wojska rosyjskie (konkretnie żandarmerię rosyjską), choć pola roponośne wciąż są pod specjalnym nadzorem wojsk amerykańskich. Słabość Rady Demokratycznej Syrii, reprezentującej władze wspominanego obszaru, spowodowana jest działaniami rządu amerykańskiego, który nie zagwarantował obrony m.in. sił kurdyjskich przed zakusami Turcji, dlatego też wspomniana Rada ustawicznie twierdzi, że jest gotowa do rozmów z rządem w Damaszku. Władze syryjskie, wspierane przez Rosję, są jednak nieugięte. 

 

Dodatkowo polityka turecka nie współgra z oficjalnym statusem członka NATO. Najbardziej sceptyczni obserwatorzy uważają, że członkostwo Turcji w Pakcie Północnoatlantyckim jest coraz bardziej iluzoryczne: interwencja wojskowa Turcji zarówno w Syrii, jak i w Libii na pewno nie odzwierciedla założeń politycznych NATO i planów tej organizacji co do Afryki i Bliskiego Wchodu, działania te mają charakter coraz bardziej ekspansywny i quasi-imperialny, gdyż odzwierciedlają dążenia Erdogana do uzyskania dla Turcji statusu regionalnego, a potem globalnego mocarstwa. 

 

Wcześniejsza bardziej zbalansowana polityka zagraniczna Turcji, prezentującej się jako najlepszy model dla państw Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, zastąpiona została wariantem bardziej ekspansywnym. Turcja jest jedynym państwem członkowskimi NATO, blisko współpracującym z Rosją na Bliskim Wschodzie. Współpraca ta idzie dalej, niż dopuszczalna polityka Paktu Północnoatlantyckiego wobec Rosji. Turcja zbroi się dzięki Rosji, utrzymuje trójstronne relacje Rosja-Iran-Turcja, a wszelkie zbyt radykalne próby wspierania rebeliantów przez Turcję, naruszające interesy rosyjskie i syryjskie wywołują ostrą reakcję strony rosyjskiej, ustalającej realne i teoretyczne granice, których Turcji nie wolno przekroczyć (vide gwałtowna krótkotrwała kampania antyturecka w rosyjskich środkach masowego przekazu po zestrzeleniu samolotu rosyjskiego, walki o Idlib itd.). Z drugiej strony polityka zagraniczna Turcji, oparta o nową wizję relacji z Zachodem i dążenie do uzyskania roli hegemona w regionie, przyczyniła się do wydzielenia z organizmu państwowego Syrii obszarów kontrolowanych na północnym zachodzie przez dżihadystów różnej maści, a w części pasma północnego do utworzenia nie do końca określonej strefy buforowej. Turcja próbowała też dotychczas wywrzeć nacisk na Europę, poprzez przepuszczanie przez swoje granice znacznych grup uchodźców, ale tu czynnikiem hamującym paradoksalnie okazała się pandemia, która przyczyniła się do uszczelnienia granic.  Konflikt trwa, ale wciąż stroną wygrywającą jest rząd w Damaszku, gdyż wsparcie rosyjskie może ostatecznie doprowadzić do zjednoczenia pod władzą centralną dwu największych obszarów, a rejon Idlibu zostaje poligonem dla wojsk tureckich i syryjskich, wpieranych dyskretnie przez Rosjan.  

 

Przemysław Turek

 

Kraków, 18 maja 2020 r.

 

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnio opublikowane:

07.06.2020

31.05.2020

22.05.2020

Please reload

  • YouTube
  • Twitter Ikona społeczna
  • Facebook Social Ikona