Total lockdown po indyjsku

O północy z 24 na 25 marca br. władze Indii wprowadziły tak zwaną blokadę kraju. Co to oznacza dla 1,3 miliarda ludzi? Na to pytanie odpowiada dr Antonina Łuszczykiewicz z Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Foto: Pixabay.com

 

Pandemia koronawirusa COVID-19 nie ominęła drugiego najludniejszego kraju na świecie. Do 25 marca Indie odnotowały ponad 600 przypadków zakażenia. I choć liczba zarażonych nie wydaje się tam wzrastać tak dynamicznie, jak we Włoszech czy Hiszpanii, należy pamiętać, że do 22 marca przebadano niecałe 17 tysięcy osób (władze zapewniły przy tym, że wkrótce będą przeprowadzać 10 tysięcy testów dziennie). Najprawdopodobniej więc w wielu regionach wirus roznosi się od jakiegoś czasu niezauważony. Władze w Nowym Delhi nie pozostają jednak bezczynne – o północy z 24 na 25 marca wprowadziły blokadę kraju (lockdown).

 

Próba generalna

 

Władze Indii od kilku tygodni stopniowo „zamrażały” funkcjonowanie kraju. Zaczęto od ograniczeń w ruchu międzynarodowym. Początkowo wstrzymano wydawanie nowych wiz i anulowano ważność wiz już wydanych obywatelom Chin, Włoch, Iranu, Korei Południowej i Japonii. Następnie wstrzymano wydawanie wiz wszystkim obcokrajowcom, z wyjątkiem wiz dyplomatycznych czy pracowniczych. 18 marca wprowadzono zakaz wjazdu obywatelom Unii Europejskiej, Wielkiej Brytanii i Turcji – zakaz ten objął także obywateli Indii powracających z tych krajów. Wkrótce lista państw została rozszerzona. Wreszcie wszystkie międzynarodowe loty komercyjne zostały wstrzymane 22 marca.

 

Absolutnie bezprecedensową decyzją było wstrzymanie ruchu pociągowego w całym kraju. Indyjskie koleje to jeden z największych pracodawców świata – zatrudniają prawie 1,5 miliona ludzi, a z ich usług korzysta dziennie 20 milionów pasażerów. Ostatni raz taki przestój przeżyły w 1974 roku podczas strajku, do którego przyłączyło się 70% pracowników – był to zresztą największy strajk generalny odnotowany w historii ludzkości. Dziś, ze względu na wstrzymanie ruchu pociągów i autobusów, miliony ludzi utknęło poza swoim stałym miejscem zamieszkania. Co gorsza, wielu z nich z dnia na dzień zostało całkowicie pozbawionych środków do życia i nie ma gdzie się podziać.

Foto: Pixabay.com

 

„Dzieci północy”

 

Północ z 14 na 15 sierpnia 1947 roku przyniosła Indiom niepodległość; ta z 24 na 25 marca przyniosła natomiast bezprecedensowy w historii tego kraju total lockdown, czyli zakaz opuszczania domów w ramach narodowej kwarantanny, wprowadzonej – na razie – na 21 dni.

 

24 marca premier Narendra Modi zwrócił się do obywateli Indii w specjalnym przemówieniu. „Jeśli w ciągu tych 21 dni Indie nie rozprawią się z koronawirusem, kraj cofnie się w rozwoju o 21 lat” – to bodaj najbardziej wyraziste spostrzeżenie Modiego. W niemal półgodzinnym wystąpieniu zabrakło jednak zarówno ważnych informacji, jak i porządnej obróbki technicznej. Oczywiście nie dziwi, że wystąpienie wygłosił Modi w języku hindi – wpisuje się to w kampanię promującą ten język w całych Indiach, w tym w regionach, gdzie niemal w ogóle nie używa się go w życiu publicznym (albo dlatego, że zwykli ludzie go nie znają, albo dlatego, że nie chcą go używać, gdyż jest on symbolem faworyzowania kultury Indii północnych). Do przemówienia zostały wprawdzie dograne napisy w języku angielskim, lecz ich synchronizacja z tekstem mówionym pozostawia sporo do życzenia.

 

Modi skupił się w swoim wystąpieniu na spokojnym, momentami wręcz łopatologicznym objaśnieniu, jak ważne jest tzw. social distancing (to zresztą jedna z nielicznych fraz, które pojawiły się w jego wystąpieniu w języku angielskim). W przemówieniu premiera zabrakło jednak informacji o tym, jak każdy z 1,3 miliarda mieszkańców Indii ma sobie poradzić przez kolejne trzy tygodnie bez wychodzenia z domu i na jakie wsparcie ze strony państwa może liczyć.

 

Nic dziwnego, że Indusi ruszyli we wtorkowy wieczór do sklepów, by zdążyć z zakupami jeszcze przed północą. Modi zareagował po kilkudziesięciu minutach na Twitterze – poprosił o wstrzymanie się przed wykupywaniem produktów, gdyż kolejki mogą się przyczynić do szybszego rozprzestrzenienia się wirusa. „Powtarzam – rząd centralny i rządy stanowe zapewnią, że wszystkie niezbędne produkty będą dostępne”, napisał Modi. Jak to jednak będzie wyglądało w praktyce – tego nie wie nikt, a władze regionalne wciąż czekają na szczegółowe instrukcje od rządu w Nowym Delhi.

 

Podobnie jak podczas próbnego lockdownu, w całych Indiach funkcjonują tylko instytucje kluczowe, takie jak placówki medyczne, sklepy spożywcze, banki, stacje benzynowe. Nie kursują pociągi pasażerskie, uziemione zostały samoloty. Zamknięte pozostają szkoły, uniwersytety i kina, podtrzymano zakaz zgromadzeń. W uroczystościach pogrzebowych może uczestniczyć maksymalnie 20 osób. Każdemu, kto złamie prawo, grożą wysokie grzywny, a nawet więzienie. Na co dzień tętniące życiem ulice wielkich indyjskich miast świecą pustkami, porządku pilnuje wojsko i policja, a po dworcach kolejowych i autobusowych wałęsają się tylko bezdomne psy.  

 

Mydło czy mocz?

 

Nie ulega wątpliwości, że trzytygodniowy lockdown odciśnie piętno nie tylko na życiu gospodarczym, lecz także społeczno-kulturowym. Przeciętny Indus prowadzi rozbudowane życie rodzinne – stałe kontakty utrzymuje zazwyczaj z o wiele szerszym kręgiem krewnych aniżeli przeciętny Polak. Rozwinięty jest także kult religijny – wizyty w świątyni hinduskiej bądź meczecie są stałym elementem życia codziennego. W tej kwestii decyzje władz o ograniczeniu poruszania się przyszły w samą porę. Na okres między 25 marca a 2 kwietnia przypadają obchody święta poświęconego bogu Ramie, a do miasta Ayodhya, centrum kultu, zmierzałby teraz nawet milion pielgrzymów.  

 

Szukając skutecznych metod ochrony przed koronawirusem, niektórzy uciekają się do niestandardowych rozwiązań. Nie dalej jak tydzień temu posłanka z rządzącej prawicowej Bharatiya Janata Party (BJP), Suman Haripriya, zasugerowała, że przed zakażeniem koronawirusem chroni… picie krowiej uryny. Picie krowiego moczu nie jest zresztą w Indiach zjawiskiem nowym – niektórzy wierzą, że mocz krowy, zwierzęcia uważanego przez sporą część hindusów za święte, ma właściwości prozdrowotne. W odpowiedzi grupka zwolenników hinduskiego nacjonalizmu zorganizowała w Delhi spotkanie, którego uczestnicy mogli napić się krowiej uryny. Dr Shailendra Saxena z Indyjskiego Towarzystwa Wirusologicznego spieszy z wyjaśnieniem dla BBC, że nie ma dowodów na to, by krowi mocz miał jakiekolwiek właściwości antywirusowe.

 

Polskim czytelnikom picie krowiej uryny wyda się zapewne śmieszne lub obrzydliwe; nie zapominajmy jednak, że także w kraju nad Wisłą wiele osób podejmuje w tym czasie irracjonalne, a nawet szkodliwe działania – niektórzy kierują się plotkami, fake newsami i teoriami spiskowymi. Podobnie dzieje się w Indiach – Amitabh Bachchan, żywa legenda kina Bollywood, zaliczył wpadkę na Twitterze, gdyż napisał, że zajadłość wirusa znacząco ogranicza… klaskanie w dłonie. Aktor błędnie zinterpretował apel premiera Modiego o podziękowanie – wzorem Włochów – indyjskim służbom medycznym. Fake newsa musiało później prostować główne biuro prasowe.

 

Walka z fake newsami i szkodliwymi dla zdrowia przekonaniami jest równie ważna, jak działalność lekarzy oraz naukowców pracujących nad wynalezieniem leków i szczepionki. Niestety w kraju takim jak Indie przestrzeganie nawet podstawowych zasad higieny jest dla milionów ludzi niewykonalne. Jak wynika z raportów Światowej Organizacji Zdrowia, połowa mieszkańców Indii nie posiada toalet i załatwia potrzeby fizjologiczne pod gołym niebem. Brak odpowiedniej higieny jest źródłem chorób i przyczyną podwyższonej śmiertelności, zwłaszcza wśród dzieci – biegunka odpowiada za kilkanaście procent zgonów dzieci do piątego roku życia. Jak w takich warunkach można wymagać regularnego mycia dłoni i dezynfekowania najbliższego otoczenia? Zabawne rysunki z wielorękimi hinduskimi bogami szorującymi wytrwale wszystkie pary rąk nie powinny odwrócić naszej uwagi od smutnej prawdy, że dla milionów Indusów mydło i czysta woda to towar luksusowy.

 

Przyszłość świata w rękach Indusów

 

Michael Ryan, dyrektor wykonawczy Światowej Organizacji Zdrowia, podkreślił, że to właśnie regiony najgęściej zaludnione, takie jak Indie, zdecydują o przyszłości pandemii. Dla całego świata jest zatem niezwykle ważne, by Indie przeprowadziły agresywne działania przeciwko rozprzestrzenianiu się wirusa. I choć wydawałoby się, że tak wielkie i, bądź co bądź, wciąż zaliczane do krajów trzeciego świata Indie są na straconej pozycji, Ryan zauważył, że kraj ten odniósł na polu walki z chorobami zakaźnymi wiele zwycięstw – dzięki masowym szczepieniom udało się między innymi wyeliminować „dwóch cichych zabójców”, czyli ospę prawdziwą oraz polio. Pozostaje jednak pytanie, czy i tym razem sytuację uda się w Indiach opanować dopiero po wprowadzeniu szczepionki.

 

Choć uwaga polskich mediów skupia się teraz przede wszystkim na Chinach, Europie i Stanach Zjednoczonych, patrzmy uważnie na rozwój sytuacji także w Indiach. I trzymajmy za nie kciuki – bo wiele od nich zależy.

Share on Facebook
Share on Twitter
Please reload

Ostatnio opublikowane:

22.05.2020

14.03.2020

Please reload

© 2017 by SDirect24.org, Warszawa, edukatorstwo@gmail.com

  • YouTube
  • Facebook Social Ikona
  • Twitter Ikona społeczna