Deal nie dla wszystkich

Chociaż uwaga większości obserwatorów politycznych skupiona jest na sytuacji związanej z trzecimi - w ciągu jednego roku - wyborami parlamentarnymi w Izraelu, które odbędą się 2 marca br. (wcześniej w kwietniu i wrześniu 2019 roku), warto zerknąć także na to, co dzieje się tuż za izraelską granicą, czyli na Zachodnim Brzegu Jordanu oraz w Strefie Gazy.

Foto: Pixabay.com

Pod koniec stycznia amerykański prezydent Donald Trump ogłosił tzw. deal stulecia, mający na celu ostateczne rozwiązanie konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Znając poprzednie kroki Trumpa i jego proizraelskie stanowisko, którego wyrazem było chociażby przeniesienie amerykańskiej ambasady do Jerozolimy i uznanie jej za oficjalną stolicę Izraela w grudniu 2017 roku, nietrudno było przewidzieć, że nowinki te o wiele bardziej entuzjastycznie przyjmie Tel Awiw niż Ramallah. Według bardzo wstępnego szkicu plan zakłada utworzenie - w bliżej nieokreślonej przyszłości - niezależnego państwa palestyńskiego na terytorium kontrolowanym i zasiedlonym częściowo przez Izrael, jednak wcześniej spełnione muszą zostać pewne warunki. Strefa Gazy ma zostać zdemilitaryzowana, Hamas musi złożyć broń, Dolina Jordanu zostanie zaanektowana przez Izrael, Jerozolima stanie się oficjalną izraelską stolicą, z kolei tę palestyńską mają stanowić jedynie wschodnie obrzeża miasta. Warunki te zostały natychmiast skrytykowane przez kraje arabskie, przez które przetoczyła się fala protestów. Opinię międzynarodową dodatkowo drażnił fakt, że podczas ogłaszania tego planu obok Trumpa stało nie dwóch przywódców państw dążących podobno do porozumienia, ale tylko jeden – Benjamin Netanjahu, który miał po prostu zwyczajnie przyjechać po swoje, zgadzając się z każdym punktem planu. Dla wszystkich stało się jasne, że realizowanie tego planu będzie formalnością, bez względu na to czy zgadza się na to strona palestyńska.

Wszyscy albo nikt

Prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmoud Abbas faktycznie nie był obecny w Waszyngtonie z powodów politycznych. Amerykanie nie utrzymują stosunków dyplomatycznych z Palestyńczykami od końca 2017 roku. Już podczas swojego listopadowego przemówienia w Ramallah z okazji 15. rocznicy śmierci Jassera Arafata, uczestnika procesu pokojowego w latach 90. XX wieku, Abbas zapowiedział, że do palestyńskich wyborów prezydenckich nie dojdzie bez włączenia w nie Wschodniej Jerozolimy oraz Strefy Gazy. Żeby jednak do takiej sytuacji doszło, musiałoby nastąpić znormalizowanie stosunków pomiędzy partią Fatah (którą reprezentuje prezydent Abbas) a organizacją Hamas rządzącą w Strefie Gazy. Obie partie od lat są ze sobą skonfliktowane, różni je m.in. stosunek do porozumień z Oslo z lat 1993-1995, wizja na przyszłe państwo oraz rola jaką powinien odgrywać islam w prowadzeniu polityki. Konflikt ten można było z łatwością zaobserwować właśnie przy okazji rocznicy śmierci Arafata, kiedy to w Strefie Gazy policja Hamasu zatrzymała kilku Palestyńczyków chcących zorganizować upamiętniający go wiec. Fatah oskarżał później swojego przeciwnika o blokowanie inicjatyw i spotkań mającyh na celu uczczenie postaci legendarnego i kontrowersyjnego zarazem palestyńskiego przywódcy.

12 września 2017 roku Hamas i Fatah podpisały porozumienie o współpracy, które w dużej mierze wymusił kryzys humanitarny w Gazie i chaos na terytoriach palestyńskich spowodowany także działalnością Islamskiego Dżihadu. Jednak wspólnych wyborów przeprowadzić się nie udało. Tymczasem ostatnie wybory prezydenckie odbyły się w roku 2005, a głosowanie parlamentarne – w 2006, czyli dość dawno…

Razem czy osobno?

Z kolei w izraelskiej medialnej kampanii wyborczej (która trwa właściwie nieprzerwanie co najmniej od roku, biorąc pod uwagę fiasko poprzednich podwójnych wyborów) niespokojna sytuacja na terytoriach palestyńskich również ma swoje odzwierciedlenie. W spotach wyborczych partii Likud jej szef oraz obecny premier Benjamin Netanjahu ostrzega obywateli, że jego przeciwnik, Benny Gantz z Kahol Lavan, nie będzie w stanie utworzyć rządu bez koalicji z Ahmadem Tibim, jednym z założycieli arabskiej partii Ta’al. Padają już nawet hasła o kolaboracyjnym czy też arabskim rządzie. Taka retoryka kreuje Arabów i ich obecność w Knesecie jako wielkie zagrożenie dla Państwa Izrael. Po wyborach z 17 września 2019 roku Joint List – Zjednoczona Lista Arabska – zdobyła łącznie ok. 13 mandatów, co było najlepszym do tej pory wynikiem ugrupowań arabskich, wywołując szerszą i potrzebną dyskusję na temat działalności politycznej i społecznej izraelskich Arabów, która jest i będzie coraz bardziej widoczna.

Polityka Autonomii Palestyńskiej, choć w wielu aspektach uzależniona od polityki izraelskiej i zmuszona do przestrzegania pewnych ograniczeń, musi przede wszystkim sama dokonać wewnętrznych reform, zjednoczyć swoje frakcje w obliczu możliwości osiągnięcia państwowości, wygasić konflikty na linii Hamas-Fatah i pogodzić różne punkty widzenia. Przygotowanie wyborów może być pewnego rodzaju testem dla Palestyńczyków na ich gotowość do zarządzanie własnym państwem. Brak porozumienie w tej kwestii sprawi, że wybory odbędą się w bliżej nieokreślonej przyszłości tylko na Zachodnim Brzegu, bez Strefy Gazy, co jeszcze bardziej utrwali podziały w palestyńskim społeczeństwie. Na kształt ewentualnego procesu pokojowego wpłynie nie tylko wynik wyborów w Izraelu, ale też tych za oceanem – dalsza prezydentura Donalda Trumpa będzie nas od tego pokoju raczej oddalać niż do niego zbliżać.

Ostatnio opublikowane:
  • YouTube
  • Twitter Ikona społeczna
  • Facebook Social Ikona