Wybory jak pudełko czekoladek. Drugie podejście Izraela

Izraelskie wybory są jak pudełko czekoladek. Podczas gdy w Polsce chwilę po zamknięciu lokali wyborczych niemal wszystko staje się jasne, w Izraelu prawdziwa zabawa dopiero się zaczyna. Nierzadko komentatorzy na etapie sondaży i przewidywań mają więcej do powiedzenia niż po wyborach. Prawdziwe zaskoczenie i niepewność pojawiają się tuż po pierwszych wynikach. A potem jest tylko ciekawiej. Witamy w 22. Knesecie!

Fot. Bartosz Duszyński*

Powtórzone wybory, powtórzony wynik Pierwsze exit polls z wtorkowego wieczoru wyborczego ukazały dokładnie tę samą sytuację co w kwietniu, czyli ok. 33 miejsc dla Likudu i ok. 34 dla Kahol Lavan, tym razem z nieznaczną przewagą Niebiesko-Białych. Brak większości automatycznie oznacza konieczność nawiązania koalicji, do której potrzeba minimum 61 mandatów. Szybko stało się jasne, że pozycja Bibiego jako wiecznego premiera jest zagrożona. O jego być albo nie być zadecydują więc wyniki mniejszych partii. Chwilę później pojawiła się myśl, że wybory trzeba będzie powtórzyć.

Po 9 kwietnia br. nastąpiły liczne trudności z nawiązaniem i utrzymaniem koalicji, dlatego premier Netanjahu zadecydował, że kolejne wybory odbędą się 17 września. Dla wszystkich stało się jasne, że ponownie będzie to walka pomiędzy dwoma kandydatami. Kampania wyborcza była intensywna, dynamiczna i z dużym nastawieniem na social media - ze szczególnym uwzględnieniem Instagrama. Trwała do ostatniej chwili. Nie brakowało też śmiałych deklaracji. Benny Gantz apelował i zachęcał arabskich obywateli Izraela do głosowania, z góry jednak wykluczył możliwość koalicji ze Zjednoczoną Listą Arabską ze względów politycznych i wizerunkowych. Z kolei tydzień przed wyborami Netanjahu ogłosił, że w przypadku wygranej Izrael zaanektuje Dolinę Jordanu. Automatycznie ściągnął na siebie falę krytyki ze strony świata arabskiego i środowisk pro-palestyńskich.

Razem czy osobno? Wiele do powiedzenia ma w tych wyborach Awidor Liberman, lider partii Israel Beteinu – Nasz Dom Izrael, reprezentującej głównie Żydów rosyjskojęzycznych przybyłych do Izraela podczas masowej aliji po upadku Związku Radzieckiego w latach 90. To właśnie różnica zdań pomiędzy Libermanem – ówczesnym ministrem obrony – a Netanjahu na temat służby wojskowej religijnych obywateli była przyczyną wcześniejszych wyborów w kwietniu 2019 r. Liberman zapowiedział, że nie jest zainteresowany rozmowami ani z ortodoksami, ani z Arabami. Partie religijne – sefardyjska Szas i aszeknazyjski Zjednoczony Judaizm Tory – zdobyły kolejno 9 i 8 miejsc, prawicowa Jamina – 7, zaś Nowej Demokracji przypadnie tylko 5 miejsc.

Dużym zaskoczeniem był wynik Joint List – Zjednoczonej Listy Arabskiej, która otrzyma od 10 do 13, a nawet 15 miejsc. To może być rekord jeśli chodzi o ilość arabskich parlamentarzystów w Knesecie. W trakcie kampanii wyborczej Netanjahu systematycznie straszył Izraelczyków zbyt dużą liczbą Arabów w rządzie. Izraelscy Arabowie bardzo liczą na jego odejście, z którym mogłoby wiązać się ograniczenie rozbudowy żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu.

Benjamin Netanjahu sam wysunął propozycję utworzenia rząd jedności narodowej z partią Kahol Lavan, ponieważ w przeciwnym razie patowa sytuacja zostanie utrzymana. Podobna rzecz miała miejsce w 1984 r., kiedy polityk Partii Pracy - Szimon Peres - utworzył rząd z konserwatystą Icchakiem Szamirem z Likudu i obaj do 1988 r. rotacyjnie obejmowali urząd premiera. Takie rozwiązanie będzie jednak trudne ze względu na zbyt silne różnice pomiędzy politykami. Zważywszy na wzajemną nagonkę jaką urządzali sobie kontrkandydaci – wizja rządów Gantza i Lapida była przedstawiana jako upadek państwa (które oczywiście przejmą Arabowie!), zaś powrót Netanjahu miałby oznaczać dalszą samowolę i afery korupcyjne premiera.

Trzeciego razu nie będzie Wybory nr 2 przynoszą kilka refleksji. Wyniki, jakie odnosi w każdych kolejnych wyborach lewica, dają do myślenia, ponieważ Partia Pracy przez wiele lat stanowiła trzon izraelskiej sceny politycznej i kreowała politykę państwa jeszcze przed jego powstaniem. Dopiero powstanie Likudu w 1973 r. i jego pierwsza wygrana w 1977 r. przełamała monopol lewicy na rządzenie. Od 1996 r., kiedy wybory wygrał po raz pierwszy Netanjahu, społeczeństwo izraelskie światopoglądowo dryfuje w stronę centrum i prawicy, a po zabójstwie premiera Icchaka Rabina i jego okolicznościach w 1995 r. osłabł także entuzjazm w stosunku do procesu pokojowego i tego, że cokolwiek uda się na tej płaszczyźnie osiągnąć w najbliższym czasie. Ideały pokojowego współistnienia kreowane przez lewicę odeszły w zapomnienie w obliczu terroru drugiej intifady palestyńskiej, a partia Awoda (Partia Pracy) przed każdymi wyborami poszukuje koalicjantów aby móc w nich wystartować.

Dużym zaskoczeniem okazała się możliwość współpracy partii religijnych z partią Gantza i Lapida. Do tej pory żyły one z Likudem w dobrej symbiozie, a wiele decyzji politycznych premiera Netanjahu było ukłonem w stronę religijnego elektoratu, co zdecydowanie nie podobało się świeckim Izraelczykom niezadowolonym z zasięgu, jaki ma wpływ na ich życie religia. Ok. 677 mln szekli rocznie z budżetu państwa zasilało potrzeby religijnej części społeczeństwa, osobny budżet dedykowano samemu szkolnictwu. Tym razem Netanjahu może zostać niejako zdradzony przez dawnych przyjaciół i wieloletnich kompanów politycznych.

Przed Bibim trudny moment w jego politycznej karierze. W przypadku przegranej widmo przekształcenia skierowanych przeciw niemu oskarżeń o korupcję w prawdziwy proces stanie się realne. Wygląda jednak na to, że do kolejnych, trzecich w ciągu roku wyborów, nie dojdzie. Wciąż nie jest jasne kto obejmie urząd premiera. Izrael, choć powierzchniowo i demograficznie tak niewielki, po mistrzowsku potrafi skomplikować lokalny krajobraz polityczny oraz wprawić w zakłopotanie i zaskoczenie komentatorów, politologów i dziennikarzy. Pozostaje mieć nadzieję, że następne takie pudełko czekoladek w postaci kolejnych wyborów parlamentarnych otrzymamy dopiero za cztery lata. Niewątpliwie będzie w czym wybierać.

* Zdjęcie przedstawia lokal wyboczy w Tel Awiwie. Izraelczycy głosują poprzez wybór odpowiedniej kartki - poszczególnym partiom przypisane są litery alfabetu hebrajskiego. Karty są chowane do niebieskich kopert.

Ostatnio opublikowane:
  • YouTube
  • Twitter Ikona społeczna
  • Facebook Social Ikona