Europa po Brexicie. Co na to Polacy?

29 marca 2019 r. – ta data przesądzić ma o wszystkim. Wielka Brytania oficjalnie opuści Unię Europejską. Jednak od czerwca 2016 r., kiedy to z przeprowadzonego w tym kraju referendum wynikło, że Brytyjczycy nie chcą być dłużej jej częścią, zdążyło się już wiele zmienić. Przede wszystkim kluczowe stało się pytanie, czy w ogóle do niego dojdzie.

źródło: pixabay.com

Britain First?

25 listopada 2018 r. podpisano traktat określający warunki dalszej współpracy brytyjsko-unijnej i sposób w jaki ma przebiegać "exit", by był jak najmniej boleśnie odczuwalny przez społeczeństwa europejskie. Okres przejściowy ustanowiono do końca 2020 r. Jeszcze do tego czasu Wielka Brytania zachowa pełne prawa i obowiązki państwa członkowskiego, a więc życie będzie się toczyć tak jakby pomysł na wyjście z Unii nigdy się nie pojawił. Obie strony zadeklarowały zachowanie wspólnych wartości europejskich, a także wszelkie umowy partnerskie, aby nie wykluczać kraju ze współpracy naukowej, innowacyjnej i wojskowej, dając jedynie więcej swobody w zakresie handlu. Podczas negocjacji wypracowano także formułę "backstop" – dwustopniowy mechanizm awaryjny który zostanie uruchomiony w przypadku, gdy nie uda się wynegocjować ostatecznej umowy o relacjach docelowych. Zjednoczone Królestwo w całości pozostanie wtedy w obszarze unii celnej. Takie rozwiązanie zastosowano ze względu na opór pozostałych jego członków: Szkocji, Walii i właśnie Irlandii Północnej, które są przeciwne opuszczeniu Unii, ale i tak będą podlegać jego konsekwencjom. Niektóre z nich zapowiedziały nawet przeprowadzenie własnych referendów niepodległościowych, co jeszcze bardziej pogłębiłoby okołobrexitowy chaos i dokonało zmian na mapie świata.

Premier Theresa May z Partii Konserwatywnej próbuje opanować sytuację, wychodząc zwycięsko z kolejnych prób odwołania jej ze stanowiska. Jej zadanie od początku było utrudnione, bo sama nigdy nie popierała Brexitu. Obejmując urząd premiera po Davidzie Cameronie, zobowiązała się do akceptacji woli większości narodu i działania zgodnie z jego oczekiwaniami. A łatwo nie jest. Ceny nieruchomości są niestabilne, zawirowania walutowe trwają, wiele firm rozważa przeniesienie, przez ulice większych miast przechodzą wielotysięczne demonstracje domagające się opamiętania i rewizji decyzji z referendum, kolejne porozumienia są wciąż blokowane, regularnie odbywają się głosowania w sprawie wotum nieufności dla rządu May. Parlament brytyjski jest podzielony i skłócony, sprzeczają się w nim zwolennicy twardego Brexitu, ale przeprowadzonego na własnych warunkach, czyli przede wszystkim Torysi, oraz jego przeciwnicy z Partii Pracy, których lider Jeremy Corbyn, do niedawna krytykował integrację i współpracę z UE, taktując ją jako kapitalistyczny spisek. W tym wszystkim jest jeszcze zagubiona pani premier, niemogąca nawet liczyć na poparcie w sprawie umowy wśród członków własnego ugrupowania.

Trwa także swego rodzaju wojna medialna na czarne scenariusze. Na tle Brexitu zaistniało już wiele sporów i napiętych, a nawet tragicznych, sytuacji. Wystarczy wspomnieć o zabójstwie deputowanej do Izby Gmin, posłanki Jo Cox z ramienia Labourzystów, na kilka dni przed kluczowym referendum w czerwcu 2016 r. Według świadków zabójca miał krzyczeć: Britain first! (Najpierw Brytania/Wielka Brytania jest najważniejsza!), a także nawoływać do śmierci dla zdrajców. Cox była znana ze swojej działalności na rzecz praw kobiet oraz cywilnych ofiar konfliktów zbrojnych. Była też przeciwniczką wyjścia z UE. To na jej osobie skupiła się więc nienawiść do całego ugrupowania, które reprezentowała i morderca właśnie w taki sposób chciał wyrazić swój sprzeciw i frustrację.


Sami swoi?


Brexit wywołuje dyskusje nie tylko w społeczeństwie, które jest sprawcą całego zamieszania. Cały świat włączył się do debaty na temat przyszłości Europy bez Wielkiej Brytanii, mając na uwadze głównie własny bilans zysków i strat. Żaden z członków nigdy nie opuścił Wspólnoty, a teraz taki krok planuje jedno z państw założycielskich. Nad tym, jak duże czekają nas zmiany, zastanawia się również Polska.


W dość kłopotliwej sytuacji znaleźli się studenci. Młodych Polaków na brytyjskich uczelniach jest ok. 18 tys. (według danych z 2015 r., a ich liczba wciąż rośnie). Na ogół udaje im się rozpocząć błyskotliwe kariery jeszcze w trakcie nauki dzięki ofertom staży oraz wsparciu profesjonalnej kadry akademickiej i opiekunów. Samo rozpoczęcie studiów za granicą, pomimo wysokich kosztów utrzymania, wciąż pozostaje atrakcyjnym, poszerzającym horyzonty i uczącym samodzielności doświadczeniem. Uczelnie brytyjskie i szkoły średnie dzięki programom wymiany studenckiej i uczniowskiej Erasmus oraz Comenius otwierają się na młodzież z innych części Europy poprzez realizowanie wspólnych projektów, przełamywanie barier językowych, wspólne zwiedzanie i integrację (autorka miała okazję uczestniczyć w jednym z takich programów realizowanym ze szkołą w Londynie podczas nauki w liceum). Trudności miały pojawić się już na etapie samej aplikacji na studia. W 2017 r. ogłoszono zmiany w systemie internetowym UCAS, za pomocą którego studenci zagraniczni rekrutowali się na studia pierwszego i drugiego stopnia, mając możliwość otrzymania pomocy od konsultantów w kwestiach takich jak poszukiwanie zakwaterowania czy zatrudnienia, kompletowanie niezbędnych dokumentów, przygotowanie do egzaminów na certyfikaty językowe czy otrzymywania stypendiów i innych dofinansowań. Ostatecznie nie wprowadzono tych reform w życie. Teraz główną bolączką studentów jest to, że będzie po prostu jeszcze drożej. Ponieważ nie wiadomo jak długo potrwa proces opuszczania Unii, w każdej chwili można spodziewać się zmian lub podwyżek cen. Trudno wyobrazić sobie studiowanie bez jednoczesnej pracy, a nie raz bez wzięcia kredytu studenckiego.

Także Polonia brytyjska dość szybko zorientowała się, że Brexit przyniesie zmiany, niekoniecznie dobre. W 2005 r. Brytyjczycy jako pierwsi otwarli swój rynek pracy dla Polaków. W 2017 r. mieszkało ich tam już ok. 1, 020 mln i są oni dzisiaj największą mniejszością narodową na Wyspach. Jedni wrócili z zarobkami do kraju, inni zostali. Założyli własne firmy (ich liczbę szacuje się na ok. 60 tys.), drobne przedsiębiorstwa, ułożyli życie, często sprowadzili własne rodziny, zaaklimatyzowali się – w mniejszym lub większym stopniu – w nowym miejscu. Ich obecność nie zawsze była mile widziana. Całość obrazu dopełnia niechęć do imigracji zarobkowej i strach przed zdominowaniem rynku pracy przez osoby przyjezdne, często nieuzasadniony, ale niezwykle wpływający na wyobraźnię. Dla nas często pejoratywne pojęcie "imigrant" często oznacza Syryjczyka opuszczającego swój kraj nielegalnie i zaczynającego życie w Europie od zera. Imigrantem dla przeciętnego Brytyjczyka może być Polak trudniący się hydrauliką.


Są przyczyny, są i skutki

To, że między poszczególnymi krajami istnieją dysproporcje w rozwoju jest sprawą oczywistą i widoczną. Poszczególne państwa stawały się członkami Unii w różnym czasie i zmagały się z różnymi procedurami akcesyjnymi i problemami wewnętrznymi. W ślad za Wielką Brytanią pojawiły w różnych krajach propozycje przeprowadzenia podobnego referendum, aby zweryfikować stosunek ich społeczeństw do działań podejmowanych przez Unię i wobec Unii (o potencjalnym Polexicie również była mowa). Dużo mówiło się o tym, że Brexit będzie impulsem do przebudzenia Europy. Być może wynikał on z wieloletnich niedomówień, w których żal i pretensje nie zostały omówione we właściwym czasie. Teraz obserwujemy coś w rodzaju starcia dwóch gigantów, którzy twardo obstawiają przy swoim i nie chcą zgodzić się na ustępstwa. To tylko pogłębia patową sytuację.

Równowaga we Wspólnocie wymaga, aby jej członkowie pozostawali na w miarę możliwości równym poziomie. Nie jest to jednak zadanie do wykonania od ręki, ale projekt rozpisany na lata, podczas których prawdopodobieństwo kolejnych nieporozumień jest duże. Nie ma chyba złotego środka na to jak tą Wspólnotą zarządzać – przez lata zmieniały się formuły i zasady funkcjonowania, bywały okresy sukcesu i kryzysy. Wielka Brytania była w czołówce krajów dokładających się do Unii i państwem, które było częścią integracji europejskiej niemal od początku. Tym bardziej decyzja jej obywateli o odejściu wywołała zaskoczenie i zamęt. Czy doszłoby do referendum, gdyby dialog pojawił się wcześniej i wyjaśniono nieporozumienia? Czy elitarna grupa państw założycieli faktycznie czuje się lepsza i bardziej uprzywilejowana od jej pozostałych członków?

Polska jest beneficjentem członkostwa w Unii Europejskiej. Pomimo coraz silniejszego w ostatnich latach eurosceptyzmu, albo zdrowej i uzasadnionej krytyki wobec niektórych działań Unii, jako kraj skorzystaliśmy na decyzji, która zapadła 1 maja 2004 r. Przykładów jest mnóstwo i każdy z nas doświadcza ich w życiu codziennym, w miejscu pracy, na uczelni czy podczas podróży (otwarte granice!). Trzydzieści lat temu wyjazd na uczelnię zagraniczną by spędzić tam semestr lub dwa, odbyć staż i przeprowadzić badania naukowe pod okiem wykwalifikowanej kadry akademickiej, wydawał się czymś prawie niemożliwym i związanym z wieloma formalnościami (przede wszystkim paszportowymi) i wysokimi kosztami. Dzisiaj to opcja na urozmaicenie studiów, która jest w zasięgu ręki.

Zaraz po ujawnieniu wyników referendum z 24 czerwca 2016 r. wyszło na jaw zaskoczenie i zakłopotanie brytyjskiego społeczeństwa, a także niski poziom wiedzy na temat konsekwencji tego kroku oraz obawy co do przyszłości. Czy decyzja ówczesnego premiera Camerona nie okazała się być destrukcyjna dla przyszłości stosunków międzynarodowych i gospodarczych? A może była właśnie wyrazem demokracji i zaufania do obywatelskich decyzji? Jak zapobiec takim komplikacjom w przyszłości? Jak funkcjonować będzie podzielony naród? Nie można wykluczyć również takiego scenariusza, w którym Wielka Brytania wycofuje się ze wszystkiego i postanawia jednak zostać. Chaos będzie pewnie panował do ostatnich dni marca, kiedy to wszystko będzie już częściowo jasne.

Ostatnio opublikowane:
  • YouTube
  • Twitter Ikona społeczna
  • Facebook Social Ikona