Mundurowy pod kapeluszem

Obecny rząd kieruje państwem przez prawie trzy lata. Mamy już trzeciego w tym czasie szefa Sztabu Generalnego, trzeciego komendanta Głównego Policji, a za zmianami i przejściami w stan emerytalny wysokich oficerów Wojska Polskiego i funkcjonariuszy służb mundurowych nikt już nie nadąża. Nie jest moim celem użalanie się nad nimi, bądź utyskiwanie na obecną władzę. Chcę zwrócić uwagę na szersze zjawisko, kluczowe – w moim przekonaniu – dla kondycji państwa i jego efektywności. Oto lekką ręką marnujemy kapitał ludzki i społeczny zawarty w wiedzy i doświadczeniu tych tysięcy żołnierzy i funkcjonariuszy. Odpowiadają za to politycy.

źródło: Wikipedia

Mentalność polskich elit politycznych ukształtowały lata dziewięćdziesiąte. Ludzie z doświadczeniem sprzed 1989 roku rzeczywiście, w niektórych przypadkach, mogli być nieprzydatni w nowych realiach ustrojowych. Mogło brakować im kompetencji, nie mieli tez zaufania politycznego niezbędnego do kierowania formacjami bezpieczeństwa w nowych warunkach politycznych. Ale od tego czasu minęło już 29 lat. To półtora pokolenia, setki sprawdzianów i sytuacji, w których żołnierze i funkcjonariusze udowadniali swoją przydatność merytoryczną i prodemokratyczną postawę. Część z nich zresztą poprzedni ustrój zna tylko

z dziecięcych przeżyć i harcerskich zabaw. Ich postawa życiowa, stosunek do państwa, do swoich obowiązków kształtowały się w III Rzeczypospolitej.

Przypominam te oczywistości, bowiem politycy jakby tego nie zauważali. Nadal lojalność ideowo-partyjną uważają za podstawę uprawianej polityki kadrowej, a odejście jakiegokolwiek generała traktowane jest z ulgą, bez względu na jego kompetencje i doświadczenie. Aby pokazać specyfikę tej polityki kadrowej zrobiłem zestawienie, które pokazuje ruch kadrowy na wybranych stanowiskach w sektorze bezpieczeństwa państwa. Dotyczy to tylko szefów tych instytucji, materiały dotyczące pozostałych stanowisk kierowniczych są trudno dostępne. Ale ta prawidłowość – jak mi się wydaje - dotyczy także ich zastępców, dyrektorów merytorycznych biur, wydziałów i departamentów itd. Wielkości tych ruchów kadrowych nie sposób ogarnąć bez dostępu do materiałów kadrowych, z natury rzeczy niepublicznych. Spójrzmy, jak to wygląda:

To zestawienie pokazuje jak niepewna jest posada szefa instytucji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo. Instytucji, której specyfiki nie trzeba Czytelnikowi wyjaśniać. Liczy się w niej znajomość jej struktury i procedur, rutyna, znajomość ludzi, umiejętność komunikacji ze społeczeństwem i komunikacji z politykami. Nie tylko z politycznymi szefami, także tymi z opozycji. To stanowisko bardziej ryzykowne niż funkcja ministra sprawującego kierownictwo resortu, tych było znacznie mniej niż nadzorowanych przez nich dowódców, szefów

i komendantów. Dodajmy do tego ryzyko polityczne. O ile zmiana koalicji rządzącej prawie zawsze wywoływała zmiany na wyżej przywołanych funkcjach, o tyle okazuje się, że nawet zmiana personalna ministra w rządzie tej samej koalicji skutkowała roszadą kadrową w wojsku

i służbach. Są, oczywiście wyjątki: współudział prezydenta RP w powołaniu Szefa Sztabu Generalnego stabilizował jego pozycję, a na ogół przestrzegana ustawa o kadencyjności miała w tym pewien udział. Reszta jednak nie miała takich stabilizatorów, służyły za nie więzi osobiste lub kultura polityczna rządzących. Były w dziejach RP rządy, które rzadko wymieniały generałów, były i takie, które robiły to niemal co rok.

Jednakże nie ten problem jest przedmiotem moich uwag. Bardziej interesują mnie ich późniejsze losy. Nie tylko ich samych, ile także ich podwładnych – generałów i oficerów starszych, którzy są bazą systemu kierowania bezpieczeństwem. O efektywności tego systemu nie decydują wszak tylko kierownicy tych instytucji i nadzorujący ich politycy. Nie mniej ważny jest aparat wykonawczy: oficerowie, korpus chorążych czy podoficerów. Tutaj rotacja jest również spora, wszak uprawnienia do świadczeń emerytalnych nabyło już setki tysięcy ludzi,

w dużej mierze będących w sile wieku, z wiedzą i kwalifikacjami nie tak znowu powszednimi. Niestety, nikt z decydentów politycznych ani nie wie ilu ich jest, ani nie wie co robią, na ile są jeszcze użyteczni lub wprost przeciwnie – marnują swoje zasoby intelektualne i doświadczenia.

Jak też tego nie wiem i nie mam możliwości zgromadzenia tej wiedzy. Jedyne liczby, które udało mi się ustalić (w przybliżeniu) to fakt, iż w stanie spoczynku znajduje się obecnie ok. 250-300 generałów Wojska Polskiego, a podobne parametry spełnia ok. 75 generałów Policji, ponad 20 generałów Straży Granicznej czy prawie 40 generałów Państwowej Straży Pożarnej. Trudno ustalić, jaki jest ich stan zdrowia, ale można przyjąć ostrożnie, ze ok. 1/3 spośród nich nie ukończyła jeszcze 70 lat, znajduje się więc w pełni sił fizycznych i intelektualnych. Dodajmy, że spora część spośród nich aktywizuje się w ramach stosownych Klubów Generalskich, w których często przedmiotem spotkań są aktualne problemy macierzystej służby. Znajdują się one jednak poza zainteresowaniem politycznych szefów poszczególnych formacji. Część ministrów uważa zresztą, że kluby te gromadzą politycznych przeciwników władzy i sam kontakt z nimi uznają za nieodpowiedni. Nikomu nie przychodzi do głowy, aby wykorzystać pamięć instytucjonalną i doświadczenie dowódcze generałów. Że nie wspomnę o ich kontaktach, w tym zagranicznych, znajomości mechanizmów funkcjonowania państwa czy też wiedzy o systemie kierowania organizacjami i ludźmi.

I to jest zasadnicza kwestia, którą chcę zasygnalizować w tym materiale. Stoję bowiem na stanowisku, że państwo nasze – świadomie lub nie – marnuje potężny potencjał w postaci setek tysięcy emerytów mundurowych. Do listy zalet, które oni posiadają i o których była wyżej mowa, doliczyłbym jeszcze prestiż społeczny, jakim cię cieszą żołnierze i funkcjonariusze, a także autorytet – nie tylko zawodowy – jaki posiadają w społeczeństwie. Oczywiście być może nie wszyscy i nie można tu uogólniać, ale w jakiejś części ten autorytet i prestiż towarzyszy im do końca życia i jest wyraźnie dostrzegalny. Przy czym zastrzec się trzeba, że nie ma on charakteru polityczno-partyjnego, ludzie w mundurach – poza wyjątkami – ustrzegli się prostego partyjnego zaszeregowania, o czym świadczy choćby działalność wspomnianych klubów generalskich. Dlatego dość nieśmiało przywołuję praktykę rodem z USA, w których byli generałowie zostają ministrami, szefami zespołów doradczych przy prezydencie czy przy frakcjach parlamentarnych. Inna kultura polityczna, inne obyczaje. Choć znam wielu oficerów

o wyrazistych poglądach i politycznym temperamencie, to zapewne jeszcze nie dojrzeliśmy do takich rozwiązań.

Ale jest wiele obszarów naszego życia publicznego, na których aktywność byłych żołnierzy i funkcjonariuszy byłaby wręcz potrzebna i zasadna.

Zacznę od sprawy oczywistej i już sprawdzonej – ich udziału w realizowaniu polityki zagranicznej naszego państwa. O słabości – ilościowej i kompetencyjnej – naszych dyplomatów mówimy od lat. I mamy tu dobre przykłady: generałowie byli ambasadorami, funkcjonują ataszaty wojskowe, mamy wojskowych i policyjnych oficerów łącznikowych. Polscy oficerowie znają języki, znają obyczaje panujące w innych krajach, nie brakuje im szlifu i stylu działania niezbędnego w służbie zagranicznej. Z racji swej przeszłości miałem liczne kontakty z warszawskimi ambasadorami krajów Unii Europejskiej i NATO. I dobrze wiem, że liczni moi dyplomatyczni rozmówcy byli b. oficerami w armiach swoich krajów. W ambasadzie jednego

z mocarstw nuklearnych, zainteresowanego kontraktami z naszym państwem i współpracą w sektorze zbrojeniowym były admirał floty wojennej był radcą handlowym i miał formalna legitymację do rozmów o współdziałaniu biznesowym w produkcji uzbrojenia. A nie był to

– i zapewne nie jest – jedyny taki przypadek. Polska uczestniczy w realizacji wielu operacji pokojowych, mamy placówki w newralgicznych i niespokojnych punktach świata, fachowców od tego rodzaju pracy nie brakuje wśród emerytowanych oficerów. I umieją oni „czytać” politykę władz danego kraju w zakresie bezpieczeństwa znacznie lepiej niż uczeni profesorowie. Zwłaszcza, że są kraje, w których mundur, zwłaszcza generalski, cieszy się niekłamanym szacunkiem, a i kraj, który wysyła generała na placówkę uważany jest za poważny i szanujący kraj przyjmujący.

Oczywiście, powyższa sugestia dotyczy stosunkowo wąskiej grupy oficerów. Nieco szerszy zakres mogłaby mieć operacja lokowania emerytowanych fachowców w polskim przemyśle, zwłaszcza zbrojeniowym. To praktyka powszechna w przywoływanych już Stanach Zjednoczonych, ale także w krajach Zachodniej Europy. Oficerowie w stanie spoczynku zasiadają w radach nadzorczych, nie tylko w firmach państwowych, ale także prywatnych. W przypadku firm produkujących uzbrojenie rzecz oczywistą, choć najczęściej nie pisaną, jest powiązanie koncesji na produkcję i obrót specjalny z wpływem państwa na rozstrzygnięcia kadrowe wewnątrz tych firm. Dotyczy to nie tylko organów nadzoru, ale także wybranych stanowisk w handlu i produkcji. Państwo nie ogranicza swoich uprawnień w tej mierze tylko do niejawnych działań rozpoznawczo-operacyjnych, realizuje także swoje interesy w ramach instytucji przewidzianych kodeksem spółek handlowych. Taka konsolidacja zasobów kadrowych jest najlepszą gwarancją zespolenia rzeczywistych potrzeb państwa w zakresie uzbrojenia i wyposażenia służb i wymogów efektywności ekonomicznej.

A przecież to nie jedyne miejsce w gospodarce dla emerytowanych żołnierzy i funkcjonariuszy. Zdecydowana część polskich firm i przedsiębiorstw prowadzi kancelarie niejawne, ma obowiązek chronić dane osobowe i handlowe, potrzebuje ludzi znających zasady działania w tym zakresie. Już dziś zatrudniają one byłych funkcjonariuszy. Czy ktoś jednak w państwie wie ilu ich jest, co robią, jak wykorzystują doświadczenie i kontakty wyniesione z poprzedniej pracy. Obawiam się, że nikt. Zwracam przy tym uwagę, że coraz częściej państwo w tym zakresie jest zastępowane przez samoorganizację tych ludzi, działa np. stowarzyszenie ochrony informacji niejawnych, spotykają się oni na konferencjach i szkoleniach, wspierają i upowszechniają badania naukowe nad bezpieczeństwem. Ale państwo jest tam nieobecne.

Równie szeroka oferta powinna dotyczyć systemu edukacji. Przypomnę tylko, że w Polsce funkcjonuje ponad 30 tysięcy placówek edukacyjnych, bez szkół wyższych. W tej liczbie dominują szkoły podstawowe (ok. połowy), następnie licea i technika (ponad 6 tys.), a także szkoły policealne (prawie 2,5 tys.). Reszta to szkoły artystyczne, uzupełniające itd. Zgodnie z założeniami programowymi uczniowie tych szkół, a jest ich obecnie ponad 5 milionów, mają mieć zajęcia z rozmaicie nazywanymi przedmiotami związanymi z bezpieczeństwem. Obok tego, ponadprogramowe tego typu zajęcia organizują inne placówki edukacyjno-wychowawcze, choć często są one traktowane jako nieobligatoryjne.

Tu są dwa problemy. Jeden – to miejsce wychowania i edukacji dla bezpieczeństwa w polskim systemie edukacyjnym. Problematyka ta nie jest traktowana wystarczająco poważnie. Są szkoły, w których zajęcia w tym zakresie wyczerpuje spotkanie z policjantem ruchu drogowego, albo szkolna grupa rekonstrukcyjna, która ubarwia lokalne uroczystości. Z mojego doświadczenia dydaktycznego wynika, że studenci wiedzę o bezpieczeństwa maja „telewizyjną”, choć też ona jest głównym źródłem informacji z szeroko rozumianego zakresu bezpieczeństwa. Nie ma stosownych badań, ale obawiam się, że poziom wiedzy młodzieży wstępującej w okres dorosłości, nie jest nadmiernie imponujący. Wydaje się więc, że najpilniejszym zadaniem jest określenie i poddanie szerokiej społecznej debacie minimów programowych definiujących zadania poszczególnych poziomów edukacji, a następnie – w interesie społecznym – ich egzekwowanie. Wskażę tylko choćby na to, że coraz częściej spotykać się będziemy z nowymi zagrożeniami naszego bezpieczeństwa, od wojny hybrydowej poczynając, na katastrofach antropogenicznych kończąc. Młodzi wiedzą o tym niewiele, mimo zakończonej edukacji szkolnej.

I kwestia druga. To kadra, która na swoje barki bierze zadanie uczenia (i wychowania) tego przedmiotu. Broń Boże, nie jestem złośliwy, ale praktyka wygląda czasem tak, że przedmioty te prowadzi pani od historii czy języka polskiego, bo do pełnego etatu brakuje jej 2 lub 4 godzin i trzeba jej pomóc. Robi to zapewne z pełnym zaangażowaniem i nawet rozumiem decyzję dyrektora szkoły. Ale nie rozumiem państwa, które powinno zadbać (a ma ku temu stosowne instrumenty), aby robili to fachowcy, ludzie z praktyką, ale i talentem dydaktycznym. Oczywiście, jest kwestia stosownego przygotowania pedagogicznego i kwalifikacji intelektualnych byłych żołnierzy i funkcjonariuszy, ale to kolejna kwestia.

Idzie tu o rozwój naukowy kadry kierowniczej wojska i służb. Nauki o bezpieczeństwie – jak najszerzej rozumiane – stały się nową, ważną i rozwijającą się dyscypliną naukową. Odpowiadają one na potrzeby wielu polityk publicznych, stają się istotnym zapleczem intelektualnym polityki państwa. Niestety, ono samo, jego instytucje i podmioty nienawykły jeszcze do korzystania z tego dorobku, często mam wrażenie, że uczony bada i pisze „sobie, a muzom”. Najczęściej bywa i tak, że dla autora doktoratu lub habilitacji obrona rozprawy jest zakończeniem kariery w mundurze. To nie tylko błąd z punktu widzenia interesu państwa, to także błędna polityka kadrowa z punktu widzenia interesu służby. Oficerowie „żywi intelektualnie”, przejawiający zainteresowania naukowe, powinni przy wsparciu macierzystej formacji, mieć możliwość podejmowania problemów badawczych związanych z zakresem działania tejże formacji, służących poprawie efektywności jej działania. Po przejściu na emeryturę, kariera naukowo-dydaktyczna powinna być naturalną ścieżką ich dalszego rozwoju.

Wreszcie, napisać trzeba o samem państwie, jego instytucjach i strukturach. Nie chcę pisać tu o oczywistościach, tylko zatem tytułem przypomnienia. Państwo polskie to 34 policje administracyjne, których głównym zadaniem jest egzekwowanie prawa w poszczególnych obszarach działania. To prawie 2.5-tysiaca gmin, 311 powiatów ziemskich, 16 województw. W każdej z tych jednostek są stanowiska pracy związane z realizacją zadań z zakresu bezpieczeństwa publicznego, z zarządzaniem kryzysowym, organizacją ruchu drogowego itd. Według moich uproszczonych wyliczeń to kilkanaście (ok. 14) tysięcy miejsc pracy w samorządzie, plus administracja rządowa – co najmniej drugie tyle. Część spośród tych stanowisk zajmują dziś b. żołnierze lub funkcjonariusze, ale bardziej dzięki kontaktom indywidualnym, lokalnym niż w wyniku systemowych rozwiązań. Podlegają oni fluktuacji politycznej, tak jak inni – co wybory to nowa układanka kadrowa. Koniecznym zatem jest przyjęcie ustawy o służbie cywilnej w samorządzie oraz atestacja stanowisk pracy w administracji publicznej. W jej wyniku powinien powstać wykaz stanowisk w tejże administracji, których zajmowanie wymagałoby spełnienia określonych warunków, związanym z doświadczeniem i posiadanymi już kompetencjami.

I kolejny postulat, tym razem de lege ferenda. W polityce kadrowej wojska i służb mundurowych niezbędne jest powołanie zespołów, które zajmą się polityką kadrową odejścia ze służby. We Francji jest specjalny urząd, który zajmuje się tylko tą kwestią. Odchodzący żołnierz czy funkcjonariusz jest długo przed zakończeniem służby pytany o dalsze plany życiowe i stosownie do kwalifikacji i kompetencji jest oferowane mu zatrudnienie po uzyskaniu uprawnień emerytalnych. W Niemczech jest podobnie, policjant przechodzący w stan spoczynku, jeśli tylko chce, jest kierowany do innej pracy, a każda zmiana statusu pracowniczego byłego funkcjonariusza, musi być uzgadniana ze stosownym – najczęściej landowym – komendantem policji. W większości państw Unii Europejskiej są – podobnie jak u nas – odrębne systemy emerytalne dla żołnierzy i funkcjonariuszy. I wszędzie tam żołnierzem lub funkcjonariuszem w służbie państwa jest się do końca życia, a nie tylko do emerytury.

Ostatnio opublikowane:
  • YouTube
  • Twitter Ikona społeczna
  • Facebook Social Ikona